Żywe jest Słowo Boże i skuteczne,
zdolne osądzić pragnienia i myśli serca
.
                                                          Hbr 4.12
 
 
 
 
 
 
 
Ewangelia według św. Łukasza 15,1-32

Zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie. Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi. Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie? A gdy ją znajdzie, bierze z radością na ramiona i wraca do domu; sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła. Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia. Albo jeśli jakaś kobieta, mając dziesięć drachm, zgubi jedną drachmę, czyż nie zapala światła, nie wymiata z domu i nie szuka staranne, aż ją znajdzie. A znalazłszy ją, sprasza przyjaciółki i sąsiadki i mówi: Cieszcie się ze mną, bo znalazłam drachmę, którą zgubiłam. Tak samo, powiadam wam, radość powstaje u aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca. Powiedział też: Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada. Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał. Wtedy zastanowił się i rzekł: Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca. A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem. Lecz ojciec rzekł do swoich sług: Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się. I zaczęli się bawić. Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to ma znaczyć. Ten mu rzekł: Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego. Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedzał ojcu: Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę. Lecz on mu odpowiedział: Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął a odnalazł się.
Komentarz:

Nauka to zasługująca na wiarę i godna całkowitego uznania, że Chrystus Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników, spośród których ja jestem pierwszy.

Czy aby na pewno i w głębi serca uznaję się za największego grzesznika? Łatwo to sprawdzić. Czy znam kogoś, kogo uważam za gorszego od siebie? Ale tak szczerze! I tu raczej możemy zacząć długą, bardzo długą listę ludzi, znanych mi i nie znanych, którzy są przecież gorsi ode mnie: zabójcy, złodzieje, prostytutki, narkomani - to ci osobiście nie koniecznie znani, ale dający mi poczucie, że jestem w miarę dobrym człowiekiem, bo ja tak nie robię. A potem mogę wymienić tych, których znam osobiście, najczęściej zaczynając od najbliższych itd., itd. No właśnie. No i klapa. W rzeczywistości okazuje się, że wcale nie uznaję się za największego grzesznika. Ale jeszcze większy problem leży w tym, że wcale nie dońca uznaję, że jestem na tyle grzeszny, by była potrzeba aby aż Jezus przyszedł, by umrzeć za mnie. Przesadzam? Chyba nie. Owszem, wszyscy uznajemy, że Jezus przyszedł umrzeć za grzesznika, przyszedł zbawić człowieka, nawet uznajemy, że przyszedł umrzeć za mnie na krzyżu bo mnie kocha. I dotąd. Ale prawdziwie uznać, że umarł na krzyżu, bo ja go zabiłam? Bo zabił Go mój grzech, moje wybory? Uznać, że dziś, tu i teraz zabijam Go w moim życiu bo wybieram grzech, bożki, tak jak Izraelici? Jeśli dziś jeszcze żyje, to dlatego, że Jezus, tak jak kiedyś Mojżesz, wstrzymuje sprawiedliwą rękę Boga i Swoją modlitwą, ofiarą na krzyżu, przelaną za mnie krwią wstrzymuje słuszny gniew Boga. To przez Serce Jezusa płynie na mnie miłosierdzie Boga. Niewyobrażalne miłosierdzie Boga. Przypowieść z dzisiejszej Ewangelii znamy na pamięć. Może właśnie dlatego tak trudno nam się nią zadziwić, zdumieć, stanąć z rozdziawiona buzią i powiedzieć: niemożliwe, takie rzeczy się nie dzieją. Tak, to niemożliwe, że Bóg aż tak mnie kocha. Tak, to nie możliwe, że ja jestem aż tak wielkim grzesznikiem. Mało tego, że jestem marnotrawnym synem, który trwoni Ojcowski - Boży majątek, życie, życie doczesne i życie wieczne z „jawnogrzesznicami” wchodząc w grzech, odrzucając Bożą miłość, Boże przykazania, Boga jako Ojca, mówiąc Mu wprost, jeśli nie słowami, to czynami i wyborami: zostaw mnie - a mniej dyplomatycznie „ odwal się” „ daj mi spokój”, to moje życie, moje wybory i moje decyzje. I trwonimy dzień po dniu wszystko, a gdy stajemy się „bankrutami życiowymi”, gdy wypełnia nas pustka, bezsens, to mamy pretensje do Boga, że nie tak urządził nam życie, albo, że jest tyranem. Ale my jesteśmy na tyle przy tym wyrachowani, że będąc marnotrawnym synem potrafimy być jednocześnie, starszym bratem. Sądzić innych. Wywyższać się i mieć pretensję do Boga, jak On może tolerować, czy nawet kochać i przebaczać tym gorszym od nas. Sami wielokrotnie zabijamy Boga w naszym życiu, i to jest oczywiste i to się nam należy, a jednocześnie mamy schizofreniczną umiejętność uznawać się za lepszych od innych i uważać, że to niesprawiedliwe, że Bóg przebacza i wychodzi naprzeciw tym innym degeneratom, a przez to jakby ich z nami zrównuje. To oburzające.  Czyż nie tak de facto wygląda nasze życie? Tylko, że my nie mamy najmniejszej ochoty się do tego przyznać. Nie chcemy uznać siebie za prawdziwych grzeszników, którzy potrzebują bardziej niż powietrza miłosierdzia Boga. Jeśli dzisiejsza Ewangelia nas nie zaskoczy, nie zadziwi, nie zatrzyma nas i nie zaszokuje, to biada nam. Co ma nas zszokować? Dwie rzeczy. Mój grzech. Moja grzeszność i miłosierdzie Boga. Uważaj! Marnotrawny syn, który przynajmniej uznał, że potrzebuje pomocy Ojca wszedł na ucztę. Nie wiemy co się stało ze starszym synem, tym który się uważał za lepszego od brata i uważał, że ma prawo oceniać i krytykować wybory ojca … nie jest powiedziane czy się na tej uczcie w Domu Ojca znalazł. Posłuchaj co mówi Jezus: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Zabójcy, narkomani, złodzieje … możemy dodać. A potem możemy dodać cała naszą listę, tych, od których uważamy się za lepszych. To nie bajka. To może być nasza, wieczna już rzeczywistość. I drzwi sami przed sobą zamkniemy,  uznając się za sprawiedliwych, a nie za grzeszników i nie przyjmując miłosierdzia Boga, nie pozwolimy się zaprosić na ucztę, którą Dobry Bóg już dla nas przygotował i czeka na nas na progu swego Domu.